<?xml version='1.0' encoding='UTF-8'?><?xml-stylesheet href="http://www.blogger.com/styles/atom.css" type="text/css"?><feed xmlns='http://www.w3.org/2005/Atom' xmlns:openSearch='http://a9.com/-/spec/opensearchrss/1.0/' xmlns:georss='http://www.georss.org/georss' xmlns:gd='http://schemas.google.com/g/2005' xmlns:thr='http://purl.org/syndication/thread/1.0'><id>tag:blogger.com,1999:blog-5116703359649750971</id><updated>2012-01-04T00:14:21.224-08:00</updated><title type='text'>Na Południe od Chmur</title><subtitle type='html'></subtitle><link rel='http://schemas.google.com/g/2005#feed' type='application/atom+xml' href='http://napoludnieodchmur.blogspot.com/feeds/posts/default'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5116703359649750971/posts/default?max-results=100'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://napoludnieodchmur.blogspot.com/'/><link rel='hub' href='http://pubsubhubbub.appspot.com/'/><author><name>Sebastian</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10060630389758242710</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_-4rWGOXSIg4/SwhUjA6G_mI/AAAAAAAAAAU/bzTIJ18KLB4/S220/photo.jpg'/></author><generator version='7.00' uri='http://www.blogger.com'>Blogger</generator><openSearch:totalResults>10</openSearch:totalResults><openSearch:startIndex>1</openSearch:startIndex><openSearch:itemsPerPage>100</openSearch:itemsPerPage><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5116703359649750971.post-2549224725424733760</id><published>2011-08-04T16:08:00.000-07:00</published><updated>2011-08-04T16:12:44.370-07:00</updated><title type='text'>Dolina Nujiang</title><content type='html'>&lt;title&gt;&lt;/title&gt; 	 	&lt;style type="text/css"&gt;	&lt;!--		@page { size: 21cm 29.7cm; margin: 2cm }		PRE.western { font-family: "Liberation Serif"; font-size: 10pt }		PRE.cjk { font-family: "DejaVu Sans", monospace; font-size: 10pt }		PRE.ctl { font-family: "DejaVu Sans Mono", monospace; font-size: 10pt }		P { margin-bottom: 0.21cm }	--&gt;	&lt;/style&gt;   &lt;br /&gt;&lt;pre class="western" style="text-align: justify;"&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="font-size: small;"&gt;Gdy siedzę samotnie z fajką i szklanką whiskey na oszklonym balkonie, dym powoli unosi się i cienką smużką wylatuje przez uchylone okno, na zewnątrz szumi głęboka deszczowa noc, a migotliwy płomień świecy rzuca wkoło niepewny blask, czuję się trochę jak latarnik spoglądający z wysokości swojej wieży na wzburzony, mroczny ocean. &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="font-size: small;"&gt;Spływająca z pasma Tangla ku Morzu Andamańskiemu rzeka Saluin, w swoim liczącym 3200 kilometrów biegu wyżłobiła w skałach Wyżyn Tybetańskiej i Yunnańskiej wąwóz, który - ze względu na swą malowniczość i głębokość w niektórych miejscach sięgającą prawie 4000 m - nazywany jest "Wielkim Kanionem Azji". Poziom wody w Saluin, w języku chińskim noszącej nazwę Nujiang, czyli 'Rzeki Gniewnej', w porze deszczowej wzbiera o prawie 27 metrów, a rwący nurt zmiata wszystko na swojej drodze. &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Ten rejon Chin jest wciąż jeszcze bardzo rzadko zaludniony, zachowało się tu wiele pradawnych zwyczajów, a tryb życia ludzi (głównie mniejszości narodowych Lisu, Derung, Nu i Pumi) zamieszkujących trudno dostępne, często wręcz odcięte od Świata górskie wioski pod wieloma względami nie zmienił się od stuleci. Wśród narodowości Derung, najmniej licznej z pięćdziesięciu sześciu chińskich mniejszości narodowych, istniał kiedyś zwyczaj tatuowania twarzy zamężnym kobietom. Powiada się, że miało to przeciwdzałać porywaniu ich przez sąsiednie plemiona. Obecnie żyje już tylko około czterdziestu starszych kobiet Derung z tatuażami na twarzach. &lt;/div&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;W dolinie rzeki nadal funkcjonuje wiele prymitynych mostów - przerzuconych nad przepaścią pojedynczych stalowych lin, po których ludzie, bagaże, a nawet konie przejeżdżają na bloczku, wisząc nad rwącym nurtem Saluin. Wygląda to tyleż malowniczo, co i groźnie. Niegdyś był to jedyny sposów, w jaki można było dostać się z jednej strony rzeki na drugi. &lt;/div&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="font-size: small;"&gt;Tuż po obchodach chińskiego Święta Wiosny roku 2002, razem z żoną, teściem i starszym synem wybraliśmy się odwiedzić krewnych i przyjaciół mieszkających w dolinie Saluin. Ciotka mojej żony mieszka w Liuku, niewielkim mieście powiatowym położonym u wejścia do górnego odcinka wąwozu, nieopodal granicy z Birmą. Stary rozklekotany minibus na piętnaście miejsc siedzących jechał najpierw na południowy-zachód nową drogą w kierunku miasta Baoshan. Z początku droga miała gładką nawierzchnię z niedawno wylanego asfaltu i podróż szła gładko. Wkrótce jednak zjechaliśmy na starą, bitą drogę, autobus zwolnił i zaczęło trząść. Jeszcze w oddali mignął właśnie budowany strzelisty most po drugiej stronie doliny, wiodący gdzieś w kirunku południowym, jednak nas minibus skierował się teraz niemal prosto na północ. Im dalej, tym gorsza wydawała się droga, chociaż być może to jedynie zmęczenie dawało się we znaki. Postój na obiad w małej wiosce gdzieś wysoko na przełęczy. Przed przydrożną oberżą zebrał się tłum miejscowych gapiów. Ktoś przyjmował zakłady, w ciasnym kręgu ludzkim odbywała się jakaś gra. Stary jak Świat trik. Wieśniacy mieli nadzieję, że może ktoś z podróżnych zechce się przyłączyć i będzie można oskubać go z pieniędzy. Nadzieje były tym większe, że autobusem jechał przecież cudzoziemiec - a cudzoziemcy, wiadomo, mają pieniądze... Wreszcie kierowca daje znak do odjazdu. Wczyscy tłoczą się do busa. Ruszamy, zostawiając za sobą kilka brudnych chałup na przełęczy. &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="font-size: small;"&gt;Po około pięciu godzinach jazdy docieramy wreszcie do Liuku. Miasteczko nie ma w sobie nic szczególnego. Położone w dolilnie, na wysokości 800 m n. p. m., wraz z przyległymi wsiami cały powiat liczy sobie nieco powyżej 44 tys. mieszkańców (z czego niemal połowa trudni się rolnictwem). Jedyną atrakcją turystyczną wydaje się ogromna figura Buddy zastygłego w medytacji miejscu spotkania rzek Saluin i Laowo. Poszliśmy tam z żoną i synem - o ile dobrze pamiętam - drugiego dnia po obiedzie. Posąg powstał w latach dziewięćdziesiątych dwudziestego wieku i trudno byłoby go uznać za zabytek. W drodze powrotnej wybraliśmy skrót kamienistym brzegiem rzeki. Poziom wody był bardzo niski, gdyż zima to pora sucha. Wreszcie zmęczeni uciążliwym przeskakiwaniem z głazu na głaz, postanowiliśny wspiąć się trochę wyżej i wyjść z kamienistego koryta na nadbrzeżną drogę, co też zrobiliśmy, przedzierając się po drodze przez jakieś krzaki. Po powrocie, Ciotka wysłuchwszy naszej relacji złapała się za głowę: "Czy wiecie, ile tu jadowitych węży? A najłatwiej spotkać je właśnie tam, gdzie się mało chodzi - w zaroślach i nad brzegiem rzeki!" Pokręciła głowią i dodała: "Mieliście szczęście, że na żadnego nie trafiliście" - i zajęła się przygotowaniami do kolacji. &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="font-size: small;"&gt;Następnego dnia pożegnaliśmy gościnny dom Ciotki, zostawiając tam Teścia, a sami wsiedliśmy w minibus jadący dalej na północ do leżącego o ponad 100 km w głąb doliny do niewielkiego miasteczka Fugong, siedziby powiatu o tej samej nazwie. W Fugong moja żona chodziła przez jakiś czas do gimnazjum, karnie przeniesiona z rodzinnego Xiaguan w celu rozdzielenia z "nieodpowiednim towarzystwem". Droga jest bardzo zła a podróż niewygodnym wehikułem dłuży się niesamowicie. &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="font-size: small;"&gt;***&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;Po wczorajszej deszczowej nocy i ulewach niemal przez cały dzień, dziesiejszy wieczór jest spokojny i niemal bezwietrzny. Zza ciemnych sylwetek drzew i domów zasłaniających wydnokrąg na południowym zachodzie wyłaniają się ławice niemal śnieżnobiałych obłoków. Są chyba na tyle nisko, że jaskrawe światła miasta czynią je bardzo wyraźnymi, jasno odbijającymi się na tle ciemnego, pochmurnego nocnego nieba. Suną pośpiesznie, gnane podmuchami gwałtownego wiatru, który widocznie wieje dość mocno na tej wysokości. &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;Do Fugong dotarliśmy około godziny czwartej po południu. Wysiedliśmy z autobusu i przeszliśmy przez most wiszący nad Saluin. Po drugiej stronie rzeki, w swoim nowo wybudowanym domu czekała na nas dawna koleżanka ze szkolnej ławy mojej żony i kilkoro starych, serdecznych przyjaciół. Górale narodowości Lisu, jak chyba wszyscy górale - są serdedzni, gościnni i mają skłonność do napojów wyskokowych. Przywitano nas trunkiem domowej roboty z fermentowanego proso nalewanym czerpakiem z wielkiego glinianego dzbana do kubków wystruganych z surowych łodyg bambusa.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/pre&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: justify;"&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/-HQ-_W_5kM1o/TjslLBFr2SI/AAAAAAAAAEM/XNbJbddePGg/s1600/%25E7%25A6%258F%25E8%25B4%25A12.JPG" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="242" src="http://2.bp.blogspot.com/-HQ-_W_5kM1o/TjslLBFr2SI/AAAAAAAAAEM/XNbJbddePGg/s320/%25E7%25A6%258F%25E8%25B4%25A12.JPG" width="320" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;pre class="western" style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="font-size: small;"&gt;W ciągu dwudziestu czterech godzin, aż do wyjazdu następnego dnia po południu odwiedziliśy licznych znajomych, a wszędzie przyjęcie było równie serdeczne i równie (w jak najbardziej dosłownym znaczeniu tego sformułowania) "przyprawiające o zawrót głowy". Wreszcie na zakończenie całego tego szaleństwa, zaproszono nas na wspaniały pożegnalny obiad - złożony w całości z dziczyzny i innych starbów i osobliwości okolicznych gór, wypiliśmy "strzemiennego" na stopniach autobusu, po czym wyruszyliśmy w długą drogę powrotną do bardziej "cywilizowanego świata". Poza nami został ogrom gór i rozległych pustkowi, kusząc, by któregoś dnia powrócić.&lt;/span&gt;&lt;/pre&gt;&lt;pre class="western"&gt;&lt;/pre&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: justify;"&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/-dzBd0oSohPc/TjslSVU3JdI/AAAAAAAAAEQ/-ugLnubpxo0/s1600/%25E7%25A6%258F%25E8%25B4%25A1.JPG" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="320" src="http://3.bp.blogspot.com/-dzBd0oSohPc/TjslSVU3JdI/AAAAAAAAAEQ/-ugLnubpxo0/s320/%25E7%25A6%258F%25E8%25B4%25A1.JPG" width="209" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;pre class="western"&gt;&lt;/pre&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5116703359649750971-2549224725424733760?l=napoludnieodchmur.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://napoludnieodchmur.blogspot.com/feeds/2549224725424733760/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://napoludnieodchmur.blogspot.com/2011/08/dolina-nujiang.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5116703359649750971/posts/default/2549224725424733760'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5116703359649750971/posts/default/2549224725424733760'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://napoludnieodchmur.blogspot.com/2011/08/dolina-nujiang.html' title='Dolina Nujiang'/><author><name>Sebastian</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10060630389758242710</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_-4rWGOXSIg4/SwhUjA6G_mI/AAAAAAAAAAU/bzTIJ18KLB4/S220/photo.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/-HQ-_W_5kM1o/TjslLBFr2SI/AAAAAAAAAEM/XNbJbddePGg/s72-c/%25E7%25A6%258F%25E8%25B4%25A12.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total><georss:featurename>Słodowiec, Warszawa, Polska</georss:featurename><georss:point>52.2741391 20.96259459999999</georss:point><georss:box>52.2734061 20.96085609999999 52.274872099999996 20.964333099999987</georss:box></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5116703359649750971.post-7958263788756507695</id><published>2011-06-27T00:00:00.001-07:00</published><updated>2011-06-27T14:20:58.810-07:00</updated><title type='text'></title><content type='html'>&lt;div&gt;To nader miłe uczucie, gdy wstajesz rano i wiesz, że nie idziesz dziś do uprzykrzonego biura na kolejne 8 godzin wykonywania bzdurnych czynności, tylko, że ubędziesz dziś robić coś zupełnie innego... Oglądam z okien pociągu, jak na niebie gromadzą się i rozrastają letnie, białe, kłębiaste chmury pięknej pogody. Stają się one coraz większe i przysłaniają słońce, które dość mocno zaczęło już przygrzewać przez okno wagonu. &lt;br /&gt;Oczywiście te pięć lat w Polsce nie są czasem straconym. Udało mi się wreszcie skończyć dawno temu przerwane studia na warszawskiej sinologii, zdobyć uprawnienia tlumacza przysięgłego i pilota wycieczek - i prawdopodobnie przyniosły znacznie więcej korzyści i rozmaitych doświadczeń, z których w tej chwili nawet sobie nie zdaję sprawy. Nic bowiem, co nam się przytrafia, nie dzieje się niepotrzebnie. Łącznie z tym wszystkim, za co nie jesteśmy wdzięczni; a może nawet przede wszystkim to... Jako dzieci też nie byliśmy wdzięczni rodzicom, kiedy przerywali nam najlepszą zabawę jakże irytującym "Czas do łóżka!" Któż w chwili, gdy mu przerywają najlepszą zabawę pomyśli: "Rodzice troszczą się o mnie, chcą żebym się wyspał, i żeby lekko i bezboleśnie wstał jutro do szkoły. Jakie to miłe z ich strony" ?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na tle wieczornego nieba nad zachodnim widnokręgiem, podświetlonego pomarańczowozłotym, przygasającym blaskiem zorzy, misternie powycinane, czarne sylwetki drzew, prostokątne kontury domów z kominami i antenami na dachach i z zapalającymi się tu i ówdzie światłami w oknach, oraz sunące niespiesznie, podobne do morskich fal lub kłębków dymu delikatne strzępy pierzastych chmur jawią się niczym sceneria z teatru cieni. Kłębiaste chmury rozwiały się wraz z przeminięciem dnia i niebo w górze przybiera barwę ciemniejącego z każdą chwilą błękitu. Tylko patrzeć, jak jedna po drugiej zaczną pojawiać się gwiazdy - niczym samotne, dalekie latarnie morskie rozsiane po niezmierzonym oceanie Wszechświata.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5116703359649750971-7958263788756507695?l=napoludnieodchmur.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://napoludnieodchmur.blogspot.com/feeds/7958263788756507695/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://napoludnieodchmur.blogspot.com/2011/06/to-nader-mi-uczucie-gdy-wstajesz-rano-i.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5116703359649750971/posts/default/7958263788756507695'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5116703359649750971/posts/default/7958263788756507695'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://napoludnieodchmur.blogspot.com/2011/06/to-nader-mi-uczucie-gdy-wstajesz-rano-i.html' title=''/><author><name>Sebastian</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10060630389758242710</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_-4rWGOXSIg4/SwhUjA6G_mI/AAAAAAAAAAU/bzTIJ18KLB4/S220/photo.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total><georss:featurename>Słodowiec, Poland</georss:featurename><georss:point>52.276944 20.96</georss:point></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5116703359649750971.post-707804537286392525</id><published>2011-06-26T15:25:00.000-07:00</published><updated>2011-06-27T14:36:40.905-07:00</updated><title type='text'>Powrót</title><content type='html'>Ponad pięć lat minęło, odkąd wróciliśmy do kraju. Pięć lat, których początek wyznaczał zachwyt nad dawno zapomnianą zielenią warszawskich drzew, wędrówki starymi ścieżkami dzieciństwa i próby odnalezienia się w rzeczywistości, od której ja odwykłem, a która dla mojej rodziny była równie obca i niezrozumiała, jak obce i niezrozumiałe jawią się większości z nas  dalekie Chiny. Potem przyszła kolej na kłopoty finansowe i poszukiwanie źródła utrzymania - ze zmiennym szczęściem, jak to zwykle bywa na początku, gdyż długa nieobecność zwykle owocuje rozluźnieniem lub zerwaniem starych kontaktów i pewną alienacją. &lt;br /&gt;Potem był czas na pracę. Jedna firma, druga. Codzienne uwięzienie po osiem godzin w biurze, dojazdy w tę i z powrotem zatłoczonym metrem, no i ten ciągły cwał - a wszystko to w atmosferze bardzo dalekiej od zdrowia psychicznego. Tylko w imię czego...? &lt;br /&gt;No więc wreszcie się coś dzieje. Po raz pierwszy od pięciu lat moja żona pojechała z młodszym synem na wakacje do Chin (czas najwyższy, bo szkoda byłaby, żeby zapomniał języka kraju, w którym się urodził!), a ja siedzę na balkonie warszawskiego mieszkania i paląc fajkę obserwuję chmury płynące sobie po niebie. Białe chmury sunące cicho i miękko po błękicie letniego nieba - taki banał, prawda? A jednak uświadomiło mi to, że w całej tej bezsensownej galopadzie, że zapomniałem już niemal, jak wyglądają chmury. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Już blisko północ, a poblask wieczornej zorzy jeszcze błąka się niczym echo lub ulotne, przeźroczyste widmo nad zachodnim widnokręgiem. Nieszczęściem współczesnego człowieka jest nieświadomość i bezmyślne przechodzenie - czy raczej przebieganie - obok piękna tego świata. To piękno już nie wróci; miejsca, które minęliśmy biegnąc z zaciśniętymi oczami zostają daleko poza nami, a my gnamy jak oszaleli naprzód - gdzieś tam, gdzie czeka koniec. Czy warto? Czy jest dokąd się spieszyć? Tam, przed nami nie ma nic - nic więcej, poza tym, co jest dziś.&lt;br /&gt;Dlatego czas na zmiany. Czas coś z tym wreszcie zrobić. Będą wpisy, będą opowieści. Będzie... &lt;br /&gt;...ale wszystko w swoim czasie! ;-)&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5116703359649750971-707804537286392525?l=napoludnieodchmur.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://napoludnieodchmur.blogspot.com/feeds/707804537286392525/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://napoludnieodchmur.blogspot.com/2011/06/powrot.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5116703359649750971/posts/default/707804537286392525'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5116703359649750971/posts/default/707804537286392525'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://napoludnieodchmur.blogspot.com/2011/06/powrot.html' title='Powrót'/><author><name>Sebastian</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10060630389758242710</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_-4rWGOXSIg4/SwhUjA6G_mI/AAAAAAAAAAU/bzTIJ18KLB4/S220/photo.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5116703359649750971.post-5248955233287262313</id><published>2010-01-24T08:43:00.000-08:00</published><updated>2010-01-28T04:06:15.809-08:00</updated><title type='text'>Dachy o zmierzchu</title><content type='html'>&lt;div style="font-family: Georgia,&amp;quot;Times New Roman&amp;quot;,serif;"&gt;&lt;meta content="text/html; charset=utf-8" http-equiv="CONTENT-TYPE"&gt;&lt;/meta&gt; 	&lt;title&gt;&lt;/title&gt; 	&lt;meta content="OpenOffice.org 3.0  (Linux)" name="GENERATOR"&gt;&lt;/meta&gt; 	&lt;style type="text/css"&gt;	&lt;!--		@page { size: 21cm 29.7cm; margin: 2cm }		P { margin-bottom: 0.21cm }	--&gt;	&lt;/style&gt;  &lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="left" style="margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: medium;"&gt;	Z wysokości płaskiego dachu akademika dla studentów zagraniczynych Uniwersytetu imienia Sun Yat-sena w Kantonie, okrywające się z wolna szarym zmierzchem miasto wyglądało niczym morze dachów, wyłaniających się z Ziemi i pogrążających coraz bardziej w opadających, ciemniejących niespiesznie niebiosach. Kampus uniwersytecki, na którego skraju stał mój akademik, pełen był wówczas zieleni (podejrzewam, że dziś wiele z tych dostojnych, starych drzew, głównie banianów i platanów, oraz bezładnie ścielących się u ich szlachetnych stóp zarośli bambusów i bananowców oplecionych zwariowaną plątaniną pnącz, ustąpić musiało miejsca nowo powstałym budynkom. Od tamtego czasu zmieniły się bowiem nie tylko tereny za murem szkoły, ale i sam kampus. Wkrótce po moim wyjeździe z Kantonu, na miejscu dawnego gąszczu zarośli za oknem, stał już kilkunastopiętrowy nowy akademik. Tamten stary był wówczas jeszcze na swoim miejscu, lecz dziś, po niemal dziesięciu latach, bardzo możliwe, że już go nie ma. Wszystko zmienia się w takim tempie... &lt;/span&gt; &lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="left" style="margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_-4rWGOXSIg4/S1x6CDqcKvI/AAAAAAAAAC4/xd5W3qoDHi4/s1600-h/000122.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" src="http://3.bp.blogspot.com/_-4rWGOXSIg4/S1x6CDqcKvI/AAAAAAAAAC4/xd5W3qoDHi4/s320/000122.jpg" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_-4rWGOXSIg4/S1x5-T8eTrI/AAAAAAAAACw/3pd4M1_F5VA/s1600-h/000121.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" src="http://2.bp.blogspot.com/_-4rWGOXSIg4/S1x5-T8eTrI/AAAAAAAAACw/3pd4M1_F5VA/s320/000121.jpg" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;i&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Stare domy kryjące się w gąszczu kampusu&lt;/span&gt;&lt;/i&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="left" style="margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: medium;"&gt;Wówczas jednak, gęste zarośla i korony potężnych drzew otaczały akademik, w którym mieszkałem. Za oknami pokojów na parterze, gęste zarośla nie dopuszczały światła słonecznego, a po wyjściu na dach, oglądać można było świat ponad drzewami. W okolicy wiele było starych budynków. Niektóre z nich zbudowano jeszcze na początku dwudziestego wieku, ale nawet te ze znacznie późniejszego okresu były omszałe i pokryte ciemniejącymi zaciekami – efekt panującej tu ogromnej wilgotności powietrza. Żadne z nich nie były zbyt wysokie, toteż wyłaniały się, niczym skaliste wyspy z morza zieleni, tu i ówdzie świecąc oknami, niczym latarnie morskie. Dalej – tam, gdzie kończyła się zieloność kampusu, a zaczynała gęsta, chaotyczna zabudowa przedmieść, z ich wąskimi uliczkami i wiecznie poruszającym się, hałaśliwym tłumem – świat niknął już w szarym zmierzchu, a korony drzew tłumiły dobiegający stamtąd gwar, przez co okolica sprawiała wrażenie niezwykle spokojnej i cichej. &lt;/span&gt; &lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5116703359649750971-5248955233287262313?l=napoludnieodchmur.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://napoludnieodchmur.blogspot.com/feeds/5248955233287262313/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://napoludnieodchmur.blogspot.com/2010/01/dachy-o-zmierzchu.html#comment-form' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5116703359649750971/posts/default/5248955233287262313'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5116703359649750971/posts/default/5248955233287262313'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://napoludnieodchmur.blogspot.com/2010/01/dachy-o-zmierzchu.html' title='Dachy o zmierzchu'/><author><name>Sebastian</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10060630389758242710</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_-4rWGOXSIg4/SwhUjA6G_mI/AAAAAAAAAAU/bzTIJ18KLB4/S220/photo.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_-4rWGOXSIg4/S1x6CDqcKvI/AAAAAAAAAC4/xd5W3qoDHi4/s72-c/000122.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5116703359649750971.post-4879919193113657849</id><published>2010-01-19T22:07:00.001-08:00</published><updated>2010-01-19T22:07:43.080-08:00</updated><title type='text'>Miasto (1)</title><content type='html'>&lt;meta content="text/html; charset=utf-8" http-equiv="CONTENT-TYPE"&gt;&lt;/meta&gt; 	&lt;title&gt;&lt;/title&gt; 	&lt;meta content="OpenOffice.org 3.0  (Linux)" name="GENERATOR"&gt;&lt;/meta&gt; 	&lt;style type="text/css"&gt;	&lt;!--		@page { size: 21cm 29.7cm; margin: 2cm }		P { margin-bottom: 0.21cm }	--&gt;	&lt;/style&gt;  &lt;br /&gt;&lt;div style="margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-family: Liberation Serif,serif;"&gt;&lt;span style="font-size: medium;"&gt;	Wczorajszy dzień odsuwa się coraz dalej w cień, odchodzi, pozostawiając wspomnienia ciszy, ogromu nieba o zachodzie słońca, majestatycznej zadumy gór. Nie zawsze bywało tak cicho i milcząco, a jednak tak jakoś się dzieje, że właśnie cisza i samotność najbardziej pozostają w pamięci, gdy blakną ludzkie twarze, cichnie zgiełk i gwar zatłoczonych ulic najludniejszego państwa Świata. &lt;/span&gt;&lt;/span&gt; &lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="center" style="margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-family: Liberation Serif,serif;"&gt;&lt;span style="font-size: medium;"&gt;***&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="left" style="margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-family: Liberation Serif,serif;"&gt;&lt;span style="font-size: medium;"&gt;	Siedzę na starym wiklinowym krześle przed wejściem do sklepu nad brzegiem Szmaragdowego Jeziora, na nierównym chodniku. Siedzę, i jak codzień czekam na Ciszę. Przychodzi zawsze przed zmierzchem. Niekiedy wcześniej, w skwarze letniego popołudnia. Pojawia się znikąd, ogarniając świat. Czesto też pojawia się wraz z niknacym w oddali warkotem przejeźdżającego ulicą samochodu, cichnącym odgłosem kroków lub rozmowy przechodniów. &lt;/span&gt;&lt;/span&gt; &lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="left" style="margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="center" style="margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-family: Liberation Serif,serif;"&gt;&lt;span style="font-size: medium;"&gt;***&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="left" style="margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-family: Liberation Serif,serif;"&gt;&lt;span style="font-size: medium;"&gt;	Stoję oparty o murek ograniczajacy z jednej strony szkolny koryta&lt;span lang="pl-PL"&gt;rz&lt;/span&gt; otwarty z jednej strony jak  krużganek. Szkoła stoi pusta i cicha, bo to sobota. Odpoczywa od zwykłego gwaru dnia codziennego, gdy po jej salach lekcyjnych, schodach i korytarzach dudnią tysiące małych stóp. Dziś odbywają się tylko zajęcia pozalekcyjne, na które szkoła wynajmuje swoje puste o tej porze sale - plastyka&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="left" style="margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-family: Liberation Serif,serif;"&gt;&lt;span style="font-size: medium;"&gt;	Z wysokości trzeciego piętra widać wyraźnie ciągnące się nieopodal pasmo górskie zamykające kotlinę, w której leży miasto. Góry są tu zresztą wszędzie dokoła, inaczej, niż na równinach, zamykają horyzont, gdziekolwiek by nie spojrzeć, spinając ziemię z kryształowym błękitem niewyobrażalnie wysokiego sklepienia niebios. &lt;/span&gt;&lt;/span&gt; &lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="left" style="margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-family: Liberation Serif,serif;"&gt;&lt;span style="font-size: medium;"&gt;	By na ósmą rano dotrzeć do tego nowego osiedla na dalekich półnoncych rubieżach Kunmingu, co sobotę wstaję wcześnie rano i jadę na rowerze niemal czterdzieści minut, bez wzgledu na porę roku – w letnim skwarze, wiosennej ulewie czy zimowym sniegu. Po tym, jak z Osiedla Białego Konia położonego na zachodnich przedmieściach przeprowadziłem się bliżej centrum miasta, i tak mam znacznie bliżej.  Jadę najpierw ulicą Ludową na wschód, skręcam na północ, przejeżdżam w pobliżu Uniwersytetu Prowincji Yunnan, znowu skręcam na wschód, a potem znowu na północ. Droga jest długa, prowadzi przez mozaikę nowych osiedli i wcisniętych pomiedzy nie kwartałów dawnej wiejskiej zabudowy. Tego rodzaju przemieszanie jest bardzo znamienne dla krajobrazu współczesnych chińskich miast, rozwijajacych się szybko i dynamicznie, lecz bardzo nierównomiernie. 	Prawdopodobnie wkrótce się to zmieni i znikną nie tylko wiejska zabudowa stłoczonych, chaotycznie pobudowanych prywatnych domostw z zaułkami nierzadko tak wąskimi, że wysunięte od pierwszego piętra w górę ściany budynków po obu stronach ulicy zbliżają się do siebie tak bardzo, że niesposób otworzyć okna, ani nawet rozróżnić pory dnia, gdyż wogóle nie widać nieba. Zniknie również w większości architektura drugiej połowy ubiegłego wieku - zamknięte osiedla zbudowane przez upadajace dziś jedna po drugiej państwowe “jednostki produkcyjne”, instytucje  i przedsiębiorstwa z przeznaczeniem na mieszkania pracownicza. Kunming, jak wszytkie chińskie miasta, radykalnie zmieni swoje oblicze. &lt;/span&gt;&lt;/span&gt; &lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5116703359649750971-4879919193113657849?l=napoludnieodchmur.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://napoludnieodchmur.blogspot.com/feeds/4879919193113657849/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://napoludnieodchmur.blogspot.com/2010/01/miasto-1.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5116703359649750971/posts/default/4879919193113657849'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5116703359649750971/posts/default/4879919193113657849'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://napoludnieodchmur.blogspot.com/2010/01/miasto-1.html' title='Miasto (1)'/><author><name>Sebastian</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10060630389758242710</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_-4rWGOXSIg4/SwhUjA6G_mI/AAAAAAAAAAU/bzTIJ18KLB4/S220/photo.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5116703359649750971.post-2630941744119898883</id><published>2010-01-09T06:04:00.000-08:00</published><updated>2010-01-20T09:07:19.414-08:00</updated><title type='text'>Śnieg</title><content type='html'>No i posypało śniegiem... Po raz pierwszy od tych trzech bezpłciowych lat, po moim powrocie do Polski, kiedy to ani lato nie przypominało lata, ani zima nie była zimą.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tyle śniegu nie widziałem chyba od pamiętnej podróży do Zachodniego Syczuanu jedenaście lat temu, kiedy to przeprawiając się przez góry do Kangdingu miałem okazję widzieć kilka autobusów leżących na dachach w lesie na zboczu poniżej drogi. Zrozumiałem wtedy, dlaczego do biletów na wszystkie trasy w tym rejonie obowiązkowo trzeba wykupić specjalne ubezpieczenie. Zresztą oficjalnie podawanym wytłumaczeniem odmowy cudzoziemcom wstępu na graniczące z Tybetem górskie obszary prowincji Yunnan, Syczuan, Gansu czy Qinghai zawsze było zagrożenie życia związane ze stanem tamtejszych dróg i deklarowana przez władze chęć uniknięcia kłopotów w razie tragicznego wypadku, w którym zginąłby obywatel jakiegoś innego państwa. Podobnie zresztą motywowano zakaz wstępu do samego Tybetu drogą inną, niż powietrzna. Ktokolwiek podróżował tymi drogami, musi przyznać, że wytłumaczenie to nie jest pozbawione logiki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_-4rWGOXSIg4/S1c4EIG_acI/AAAAAAAAACg/qyAX5PsK1c8/s1600-h/00053.pdf-stron.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" src="http://1.bp.blogspot.com/_-4rWGOXSIg4/S1c4EIG_acI/AAAAAAAAACg/qyAX5PsK1c8/s320/00053.pdf-stron.jpg" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_-4rWGOXSIg4/S1c4PO76K2I/AAAAAAAAACo/USfLFKJw5MA/s1600-h/00031.pdf-stron.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" src="http://4.bp.blogspot.com/_-4rWGOXSIg4/S1c4PO76K2I/AAAAAAAAACo/USfLFKJw5MA/s320/00031.pdf-stron.jpg" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5116703359649750971-2630941744119898883?l=napoludnieodchmur.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://napoludnieodchmur.blogspot.com/feeds/2630941744119898883/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://napoludnieodchmur.blogspot.com/2010/01/snieg.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5116703359649750971/posts/default/2630941744119898883'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5116703359649750971/posts/default/2630941744119898883'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://napoludnieodchmur.blogspot.com/2010/01/snieg.html' title='Śnieg'/><author><name>Sebastian</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10060630389758242710</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_-4rWGOXSIg4/SwhUjA6G_mI/AAAAAAAAAAU/bzTIJ18KLB4/S220/photo.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_-4rWGOXSIg4/S1c4EIG_acI/AAAAAAAAACg/qyAX5PsK1c8/s72-c/00053.pdf-stron.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5116703359649750971.post-5196285156845276209</id><published>2009-12-31T18:09:00.000-08:00</published><updated>2009-12-31T18:16:46.138-08:00</updated><title type='text'>Gongfu cha, czyli sztuka parzenia herbaty (1)</title><content type='html'>&lt;i&gt;Gongfu&lt;/i&gt; oznacza po chińsku sztukę, jakąś szczególną umkiejętność; &lt;i&gt;cha&lt;/i&gt; to herbata. Termin gongfu cha to zatem chińska sztuka parzenia herbaty. Zainteresowałem się nią w okresie mojego pobytu na stypendium w Kantonie i stopniowo stała się ona niemal nieodłączną częścią mnie - do tego stopnia, że pasja ta udzieliła się nawet mojemu niespełna dwuletniemu synowi. W Chinach dostępne są dziesiątki odmian herbaty, z których tylko bardzo nikła część dociera na rynki zachodnie, a „artystyczny” sposób jej parzenia, wymagający całkowitego skupienia i uwagi, staje się okazją do zatrzymania i wzięcia oddechu od ogłupiającej galopady codziennego życia. &lt;br /&gt;Owa galopada nie wydawała się zresztą tam w Chinach tak dokuczliwa i paranoiczna, jak po powrocie do Polski. Pamiętam, że miałem nawet czas, by zwrócić uwagę na kolor nieba, na kształty chmur, na odbijający się od jezdni blask zniżającego się ku horyzontowi Słońca, na żeglujący przez nocne niebo sierp Księżyca i na łagodny, letni wiatr wpadający przez otwarte okno. Pamiętam też, że zanurzony w kłębach fajkowego dymu mogłem sobie pozwolić na delektowanie ciszą, która zjawiała się nagle, tuż przed zmierzchem, lub wraz z cichnącym warkowem odjeżdżającego samochodu albo czyichś kroków oddalających się kroków. Tu w Polsce często nie zauważam nawet, czy niebo jest pochmurne czy pogodne.&lt;br /&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_-4rWGOXSIg4/Sz1XzHUqrtI/AAAAAAAAACA/RZ0KTc_LofQ/s1600-h/DSCF2541.JPG" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" src="http://2.bp.blogspot.com/_-4rWGOXSIg4/Sz1XzHUqrtI/AAAAAAAAACA/RZ0KTc_LofQ/s320/DSCF2541.JPG" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_-4rWGOXSIg4/Sz1anjCHYeI/AAAAAAAAACI/GqnaCf9ZoTo/s1600-h/DSCF3148.JPG" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" src="http://1.bp.blogspot.com/_-4rWGOXSIg4/Sz1anjCHYeI/AAAAAAAAACI/GqnaCf9ZoTo/s320/DSCF3148.JPG" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5116703359649750971-5196285156845276209?l=napoludnieodchmur.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://napoludnieodchmur.blogspot.com/feeds/5196285156845276209/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://napoludnieodchmur.blogspot.com/2009/12/gongfu-cha-czyli-sztuka-parzenia.html#comment-form' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5116703359649750971/posts/default/5196285156845276209'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5116703359649750971/posts/default/5196285156845276209'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://napoludnieodchmur.blogspot.com/2009/12/gongfu-cha-czyli-sztuka-parzenia.html' title='Gongfu cha, czyli sztuka parzenia herbaty (1)'/><author><name>Sebastian</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10060630389758242710</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_-4rWGOXSIg4/SwhUjA6G_mI/AAAAAAAAAAU/bzTIJ18KLB4/S220/photo.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_-4rWGOXSIg4/Sz1XzHUqrtI/AAAAAAAAACA/RZ0KTc_LofQ/s72-c/DSCF2541.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5116703359649750971.post-4728921302382474345</id><published>2009-12-04T14:42:00.001-08:00</published><updated>2009-12-31T18:11:08.080-08:00</updated><title type='text'>Powierzchowność zmian</title><content type='html'>&lt;div style="font-family: Georgia,&amp;quot;Times New Roman&amp;quot;,serif;"&gt;&lt;meta content="text/html; charset=utf-8" http-equiv="CONTENT-TYPE"&gt;&lt;/meta&gt; 	&lt;title&gt;&lt;/title&gt; 	&lt;meta content="OpenOffice.org 3.0  (Linux)" name="GENERATOR"&gt;&lt;/meta&gt; 	&lt;style type="text/css"&gt;	&lt;!--		@page { size: 21cm 29.7cm; margin: 2cm }		P { margin-bottom: 0.21cm }	--&gt;	&lt;/style&gt;  &lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="-moz-background-clip: -moz-initial; -moz-background-inline-policy: -moz-initial; -moz-background-origin: -moz-initial; background: transparent none repeat scroll 0% 0%; font-family: Georgia,&amp;quot;Times New Roman&amp;quot;,serif; line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;	&lt;span lang="pl-PL"&gt;Szedłem wąską uliczką pośród starych, drewnianych, pokrytych dachówką domów Starego Miasta Dali. Nie byłem tu dawno, choć niegdyś mieszkałem tu przez jakiś czas. Jadąc autobusem z Kunmingu obserwowałem, jak zmienił się krajobraz po drodze, jak rozrosło się miasto Xiaguan, przez które przejeżdża się po drodze, jak pojawiły się nowe budynki w miejsce starych, a miejsce starej drogi zajęła nowoczesna autostrada. &lt;/span&gt;&lt;/span&gt; &lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div lang="pl-PL" style="-moz-background-clip: -moz-initial; -moz-background-inline-policy: -moz-initial; -moz-background-origin: -moz-initial; background: transparent none repeat scroll 0% 0%; font-family: Georgia,&amp;quot;Times New Roman&amp;quot;,serif; line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;	Również i w dali pojawiło się sporo nowych budynków, a znikło wiele starych. Wraz z nimi odeszła bezpowrotnie część niepowtarzalnej atmosfery od niepamiętnych czasów unoszącej się nad Dali. Nowe, murowane, czyściutko otynkowane na śnieżnobiały kolor domy, w zamyśle architektów nawiązywać miały stylem do tradycyjnego chińskiego budownictwa. Niestety, projekt okazał się nie do końca udany - kwartały nowych budynków okazały się monotonnymi osiedlami dość kiczowatych domków szeregowych, niezbyt udolnie naśladujących starą architekturę. Cóż – połączenie tradycji i nowoczesności nie zawsze jest sprawą łatwą. &lt;/span&gt; &lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div lang="pl-PL" style="-moz-background-clip: -moz-initial; -moz-background-inline-policy: -moz-initial; -moz-background-origin: -moz-initial; background: transparent none repeat scroll 0% 0%; font-family: Georgia,&amp;quot;Times New Roman&amp;quot;,serif; line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;	Zmierzch już zapadał i w maleńkich sklepikach i restauracyjkach po obu stronach pnącej się pod łagodny stok, wybrukowanej wielkimi płaskimi kamieniami uliczki zaczęły powoli zapalać się światła. Podniosłem wzrok na wyniosły grzbiet góry Cang, za którym zaszło słońce, i ponad którym skrzyła się teraz wieczorna zorza, a wkrótce, jedna po drugiej, miały zacząć zapalać się gwiazdy. Dali leży w cieniu góry – pomiędzy nią, a jeziorem Er, zajmującym dno doliny, będącej częścią wielkiego uskoku tektonicznego, biegnącego gdzieś z zachodu z Płaskowyżu Tybetańskiego. Dali leży więc w niespokojnej strefie silnych wstrząsów sejsmicznych, które dały o sobie znać niejednokrotnie w historii tego starożytnego miasta, niegdyś stolicy Królestwa Nanzhao. &lt;/span&gt; &lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="-moz-background-clip: -moz-initial; -moz-background-inline-policy: -moz-initial; -moz-background-origin: -moz-initial; background: transparent none repeat scroll 0% 0%; font-family: Georgia,&amp;quot;Times New Roman&amp;quot;,serif; line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;&lt;span lang="pl-PL"&gt;	Łagodnie pochylone zbocze góry zaczyna wznosić się tuż za płaskim, podmokłym pasem ziem ciągnącym się wzdłuż brzegu jeziora. Tu rozsiadły się wioski rybackie, bogate dzięki bardzo urodzajnym gruntom i dostatkowi ryb w wodach jeziora. Nieco wyżej biegnie nowa szosa, prowadząca w kierunku północno-zachodnim, gdzie góry stają się coraz wyższe i dziksze, i w końcu przekraczająca granice Tybetu. Powyżej tej drogi zbocze zaczyna się wznosić – i tu zaczyna się Stare Miasto. Od góry ogranicza je stara droga, którą od niepamiętnych czasów zdążano na zachód, do znacznie wyżej niż Dali położonego miasta Lijiang, stolicy dawnego państwa narodu Naxi i dalej, do Tybetu. Powyżej starej drogi stok pnie się w górę coraz stromiej. Ziemia tutaj jest kamienista i nieurodzajna, co zmusza ludzi do zarabiania na życie tym, czego jest pod dostatkiem. Mieszkańcy podgórskich wiosek trudnią się więc kamieniarstwem (gdyż kamień, obok drewna, był tu zawsze podstawowym materiałem budowlanym), a prawdopodobnie po części również i kłusownictwem, gdyż tuż ponad wioskami stok staje się bardzo stromy i tu zaczyna się już las, w którym tylko tu i ówdzie pobudowano niewielkich rozmiarów świątynie i klasztory. &lt;/span&gt;&lt;/span&gt; &lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div lang="pl-PL" style="-moz-background-clip: -moz-initial; -moz-background-inline-policy: -moz-initial; -moz-background-origin: -moz-initial; background: transparent none repeat scroll 0% 0%; font-family: Georgia,&amp;quot;Times New Roman&amp;quot;,serif; line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;	Dawniej chłopi z górnych wiosek z nastaniem wiosny wędrowali wysoko w góry w poszukiwaniu odpowiednich kawałków skał. Oddzielali je od podłoża, obrabiali, a potem mozolnie, metr po metrze, transportowali w dół, gdzie mogli je wreszcie sprzedać warsztatom kamieniarskim, które następnie mogły je poddać dalszej obróbce. Zazwyczaj opuszczali swoje domostwa, gdy tylko wiosenne słońce zaczynało topić śniegi na wierzchołkach gór, a wracali późną jesienią. I tak, rok po roku, upływało ich życie.  &lt;/span&gt; &lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div lang="pl-PL" style="-moz-background-clip: -moz-initial; -moz-background-inline-policy: -moz-initial; -moz-background-origin: -moz-initial; background: transparent none repeat scroll 0% 0%; font-family: Georgia,&amp;quot;Times New Roman&amp;quot;,serif; line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;	Nieco poniżej połowy wysokości góry ciągnie się najstarszy szlak, którym od starożytności ongiś karawany jucznych koni zdążały z Dali i położonych bardziej na wschód obszarów na zachód w kierunku Tybetu – Jadeitowa Wstęga. Wyżej góry są już niezamieszkałe, nie ma już nawet klasztorów. Tu kończy się świat kupców i rolników - Bajów z Dali, a zaczyna się świat górali – innych, uboższych narodowości, przede wszystkim Yi. Świat myśliwych i pasterzy. Oto właśnie urok Yunnanu – różnorodność języków, strojów, zwyczajów. &lt;/span&gt; &lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="-moz-background-clip: -moz-initial; -moz-background-inline-policy: -moz-initial; -moz-background-origin: -moz-initial; background: transparent none repeat scroll 0% 0%; font-family: Georgia,&amp;quot;Times New Roman&amp;quot;,serif; line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt; &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="center" lang="pl-PL" style="-moz-background-clip: -moz-initial; -moz-background-inline-policy: -moz-initial; -moz-background-origin: -moz-initial; background: transparent none repeat scroll 0% 0%; font-family: Georgia,&amp;quot;Times New Roman&amp;quot;,serif; line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;***&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="left" lang="pl-PL" style="-moz-background-clip: -moz-initial; -moz-background-inline-policy: -moz-initial; -moz-background-origin: -moz-initial; background: transparent none repeat scroll 0% 0%; font-family: Georgia,&amp;quot;Times New Roman&amp;quot;,serif; line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;	Kiedy tak idę ulicą starego Dali, patrząc, jak zmierzch powoli przechodzi w noc, mając za plecami rozległą panoramę jeziora, a przed sobą wznoszące się pasmo górskie, nad którym rozbłysły już gwiazdy, zdaję sobie nagle sprawę z powierzchowności zmian. Choć znikną stare domki, a miejsce krzywego bruku sprzed setek lat zajmie gładki asfalt, po którym śmigać będą nowoczesne auta, góry i jezioro pozostaną – niezmienne i niewzruszone. Tak, jak zawsze, patrzeć będą w milczeniu, jak w dolinie ludzie rodzą się i umierają, jak budują i burzą swoje domostwa – coraz to inne, na przestrzeni wieków, ale  w gruncie rzeczy jakże do siebie podobne. Kiedyś tam, ludzie ci mówić będą może innym językiem, niż ten, który dziś tu rozbrzmiewa; może będą się inaczej ubierać, albo będą uważać coś innego za godne pochwały, coś innego za wstydliwe. Jednak czy tak naprawdę będą różni? &lt;/span&gt; &lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="left" style="-moz-background-clip: -moz-initial; -moz-background-inline-policy: -moz-initial; -moz-background-origin: -moz-initial; background: transparent none repeat scroll 0% 0%; font-family: Georgia,&amp;quot;Times New Roman&amp;quot;,serif; line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;&lt;span lang="pl-PL"&gt;	Sczerniałe dachówki starych domów zasłaniają wznoszące się w oddali u stóp góry Trzy Pagody, mogące uchodzić za jeden z najbardziej charakterystycznych symboli Dali. Zbudowano je bardzo dawno temu. Uważa się, że najstarsza i najwyższa z nich, sięgająca niemal 70 metrów, zbudowana została w latach &lt;/span&gt;824 - 859 naszej ery. Od tamtego czasu, niejednokrotnie nawiedzały Dali trzęsienia ziemi – a jednak pagody stoją nienaruszone. Niewielkie i słabe, niczym igiełki w porównaniu z ogromem gór, ale jakże stare, w porównaniu ze wszystkim innym, co po nich w Dali wybudowano! &lt;/span&gt; &lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="left" style="-moz-background-clip: -moz-initial; -moz-background-inline-policy: -moz-initial; -moz-background-origin: -moz-initial; background: transparent none repeat scroll 0% 0%; font-family: Georgia,&amp;quot;Times New Roman&amp;quot;,serif; line-height: 150%; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;	Plusk wody w ciemności. To strumienie spływające z gór na swojej drodze ku jezioru napotykają Stare Miasto. Tu ujęte zostały w kamienne koryta i szemrzą wzdłuż wąskich, wiekowych uliczek, dodając Dali uroku. Kiedyś strumieni było znacznie więcej, a każdy z nich niósł z sobą wiele wody. Dziś część wyschła, a te, które pozostały – kurczą się z roku na rok. &lt;/span&gt; &lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5116703359649750971-4728921302382474345?l=napoludnieodchmur.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://napoludnieodchmur.blogspot.com/feeds/4728921302382474345/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://napoludnieodchmur.blogspot.com/2009/12/szedem-waska-uliczka-posrod-starych.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5116703359649750971/posts/default/4728921302382474345'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5116703359649750971/posts/default/4728921302382474345'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://napoludnieodchmur.blogspot.com/2009/12/szedem-waska-uliczka-posrod-starych.html' title='Powierzchowność zmian'/><author><name>Sebastian</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10060630389758242710</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_-4rWGOXSIg4/SwhUjA6G_mI/AAAAAAAAAAU/bzTIJ18KLB4/S220/photo.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5116703359649750971.post-2329103048222077793</id><published>2009-11-29T13:44:00.000-08:00</published><updated>2010-01-20T08:35:49.671-08:00</updated><title type='text'>Księżyc nad Taipei</title><content type='html'>&lt;div style="font-family: Georgia,&amp;quot;Times New Roman&amp;quot;,serif;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Księżyc kojarzy mi się zawsze z samotnością. Może dlatego, że w zgiełku, gdy ktoś obok bezustannie gada, nie ma już miejsca, by na niego zwrócić uwagę. On sam zaś  - nigdy nic nie mówi. Jest jak prawdziwy przyjaciel, który po prostu jest. Niczego nie chce, niczego nie oczekuje, ani na nic nie ma nadziei. Po prostu jest sobie – w pełnym znaczeniu tych słów! &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Georgia,&amp;quot;Times New Roman&amp;quot;,serif;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Gdy mieszkałem na wschodnich przedmieściach Taipei, w dzielnicy Mudża, w blaszanej przybudówce na dachu domu, miałem do dyspozycji duży taras z widokiem na niedalekie góry i Księżyc dotrzymywał mi towarzystwa niemal co wieczór. Oglądałem jego wschód, patrzyłem na jego wędrówkę po nieboskłonie – a nierzadko żegnałem go, gdy znikał za horyzontem. Mieszkajacy o piętro niżej właściciel wybudował sobie ten blaszany stryszek zgodnie z praktykowanym tu powszechnie zwyczajem, że powierzchnia dachu przykrywającego budynek należy do tego, kto mieszka na najwyższym piętrze. W przybudówce urządził sobie pokój modlitewny, oraz dwie spore sypialnie na wynajem, łazienkę i kuchnię. Był gorliwie praktykującym buddystą – wstawał codziennie bardzo wcześnie i od szóstej rano stukał miarowo w tak zwaną „rybę”, czyli rodziaj instrumentu perkusyjnego używany w buddyjskich praktykach modlitewnych - specjalnie wydrążony klocek, który przy postukiwaniu drewniana pałeczką wydawał donośny dźwięk i lekko zawodzącym głosem recytował sutry. Ponieważ tuż za ścianą był pokój, który mi wynajął, nie musiałem używać budzika. &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Georgia,&amp;quot;Times New Roman&amp;quot;,serif;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Słowo „mudża” oznacza po chińsku „palisada” i jest pamiątką, jak mi ktoś tłumaczył, po japońskiej okupacji Tajwanu, kiedy to miasto opanowane było przez wojska okupacyjne; lecz w góry władza Japończyków nie sięgała. Nie ośmielali się tam nawet zapuszczać w obawie przed atakami partyzantów, głównie należących do górskich mniejszości narodowych. Dlatego, dla ochrony przed napadami górali, zbudowali u wschodnich granic Taipei drewnianą palisadę, która wyznaczała kres obszaru, gdzie czuli się bezpieczni. Zgodnie ze stosowana tu nadala tzw. transktypcją Wade – Gilesa, słowo to zapisuje się „Mucha” - co niezmiennie było dla mnie źródłem wesołości. &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Georgia,&amp;quot;Times New Roman&amp;quot;,serif;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Mieszkanie pod blaszanym dachem było dość uciążliwe jeszcze z innego powodu, niż przymusowe pobudki o szóstej rano zwłaszcza w okresie letnich upałów. Dach nagrzewał się bardzo podczas dnia, gdy więc wracałem wieczorem po zajeciach na uniwersytecie, wypadało mi spać w istnym piekarniku: nie pomagały nawet otwarte drzwi i okno oraz włączony elektryczny wentylator, gdyż nagrzany dach i ściany dopiero nad ranem przestawały wypromieniwywać ciepło.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_-4rWGOXSIg4/S1cv5hCTcVI/AAAAAAAAACQ/tDEgZKgm4Ds/s1600-h/00001.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" src="http://3.bp.blogspot.com/_-4rWGOXSIg4/S1cv5hCTcVI/AAAAAAAAACQ/tDEgZKgm4Ds/s320/00001.jpg" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_-4rWGOXSIg4/S1cwAKj8D3I/AAAAAAAAACY/sYsmQms0ghg/s1600-h/00002.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" src="http://2.bp.blogspot.com/_-4rWGOXSIg4/S1cwAKj8D3I/AAAAAAAAACY/sYsmQms0ghg/s320/00002.jpg" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;&lt;i&gt;Taki właśnie miałem widokz okna mojego poddasza...&lt;/i&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Georgia,&amp;quot;Times New Roman&amp;quot;,serif;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Po pół roku postnowiłem przenieść się bliżej szkoły i centrum miasta. Zamiast blaszanego poddasza miałem teraz malutki pokoik z dwoma okienkami i klimatyzatorem (choć używałem go rzadko, gdyż pożerał straszne ilości prądu, za które oczywiście musiałem płacić). Niestety, z okien nie widać było księżyca ani gwiazd – tylko mały skrawek nieba, gdyż domy po drugiej stronie wąskiej uliczki zasłaniały je niemal całkowicie. &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Georgia,&amp;quot;Times New Roman&amp;quot;,serif;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;Nieopodal płynęła rzeka. Szło się wąskimi uliczkami nieco w dół. Pamiętam najbardziej krzew tuberozy, rosnący tuż za bramą czyjegoś domu. Kiedy się wieczorem ten dom mijało, intensywny zapach przyprawiał niemal o zawrót głowy. Tuberoza nazywa się po chińsku czyli „Pachnąca nocą”. Nie ma w tym ani trochę przesady, gdyż za dnia rzeczywiście żadnego zapachu w okolicy nie dawało się wyczuć. &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Georgia,&amp;quot;Times New Roman&amp;quot;,serif;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Później mijało się dziwny hotel z rzeźbami kamiennych straszydeł nad wejściem. Robił trochę niesamowite wrażenie, bo nie widziałem w nim nigdy żadnego ruchu – nikt nie wchodził, ani nie wychodził. A jednak był cały czas czynny – szary, cichy, trochę posępny i złowróżbny. Dalej była chałaśliwa trasa szybkiego ruchu biegnąca wzdłuż rzeki – przechodziło się przez nią kładką. I już było się nad rzeką. Jeszcze tylko szeroki pas trawnika, gdzie za dnia przechadzali się ludzie z psami i dziecinnymi wóżkami, i było się nad brzegiem rzeki. &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Georgia,&amp;quot;Times New Roman&amp;quot;,serif;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;Stała tu niewielka świątynka. Naprawdę niewielka, gdyż cały budynek wysokością swoją nie przewyższał wzrostu dorosłej osoby – porównać by ją można z przydrożną kapliczką. Stała nisko nad brzegiem, ufundowana, jak głosił napis, na pamiątkę kilkorga dzieci, które tu w swoim czasie utonęły. Lubiłem tu przychodzić późnym wieczorem i patrzeć, jak rzeka wzbiera, burzy się i cofa pod naporem przypływu. Do morza było stąd niedaleko. Na Tajwanie zresztą nigdzie nie jest ono specjalnie odległe, choć w górzystym wnętrzu wyspy tak się go nie czuje.  Woda wzbierała, odbijając księżyc - najlepszego towarzysza samotności i kompana do kieliszka – a świat otulony nocą płynął sobie w ciszy gdzieś poza moimi plecami.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5116703359649750971-2329103048222077793?l=napoludnieodchmur.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://napoludnieodchmur.blogspot.com/feeds/2329103048222077793/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://napoludnieodchmur.blogspot.com/2009/11/ksiezyc-nad-taipei.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5116703359649750971/posts/default/2329103048222077793'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5116703359649750971/posts/default/2329103048222077793'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://napoludnieodchmur.blogspot.com/2009/11/ksiezyc-nad-taipei.html' title='Księżyc nad Taipei'/><author><name>Sebastian</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10060630389758242710</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_-4rWGOXSIg4/SwhUjA6G_mI/AAAAAAAAAAU/bzTIJ18KLB4/S220/photo.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_-4rWGOXSIg4/S1cv5hCTcVI/AAAAAAAAACQ/tDEgZKgm4Ds/s72-c/00001.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5116703359649750971.post-8121840915849699500</id><published>2009-11-25T03:26:00.000-08:00</published><updated>2009-12-05T12:08:48.310-08:00</updated><title type='text'>Woda z gorących źródeł</title><content type='html'>&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_-4rWGOXSIg4/Sxq79SuOEaI/AAAAAAAAAB4/IApGT6jH_Zg/s1600-h/DSCF3522.JPG" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" src="http://4.bp.blogspot.com/_-4rWGOXSIg4/Sxq79SuOEaI/AAAAAAAAAB4/IApGT6jH_Zg/s320/DSCF3522.JPG" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_-4rWGOXSIg4/Sxq76PAVvoI/AAAAAAAAABw/lE389yFOX48/s1600-h/DSCF3519.JPG" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" src="http://2.bp.blogspot.com/_-4rWGOXSIg4/Sxq76PAVvoI/AAAAAAAAABw/lE389yFOX48/s320/DSCF3519.JPG" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_-4rWGOXSIg4/Sxq72lAVSJI/AAAAAAAAABo/Lvqy8uq0MHU/s1600-h/DSCF3518.JPG" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" src="http://4.bp.blogspot.com/_-4rWGOXSIg4/Sxq72lAVSJI/AAAAAAAAABo/Lvqy8uq0MHU/s320/DSCF3518.JPG" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;meta content="text/html; charset=utf-8" http-equiv="CONTENT-TYPE"&gt;&lt;/meta&gt;&lt;title&gt;&lt;/title&gt;&lt;meta content="OpenOffice.ux.pl 3.0  (Win32)" name="GENERATOR"&gt;&lt;/meta&gt;&lt;style type="text/css"&gt;	&lt;!--		@page { size: 21cm 29.7cm; margin: 2cm }		P { margin-bottom: 0.21cm }	--&gt;	&lt;/style&gt; &lt;br /&gt;&lt;div style="margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-family: Georgia,serif;"&gt;&lt;span style="font-size: medium;"&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;	&lt;span style="font-size: small;"&gt;&lt;span style="font-family: Georgia,&amp;quot;Times New Roman&amp;quot;,serif;"&gt;Jesienn&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;span lang="pl-PL" style="font-family: Georgia,&amp;quot;Times New Roman&amp;quot;,serif; font-size: small;"&gt;y, mglisty zmierzch zapadł już na dobre. Idę ścieżką wzdłuż torów tramwajowych, pod rzędem starych, wspaniałych topól. Zimne powietrze nieprzyjemnie szczypie w dłonie, w twarz, wciska się pod ubranie. &lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt; &lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div lang="pl-PL" style="font-family: Georgia,&amp;quot;Times New Roman&amp;quot;,serif; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="center" lang="pl-PL" style="font-family: Georgia,&amp;quot;Times New Roman&amp;quot;,serif; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;***&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div lang="pl-PL" style="font-family: Georgia,&amp;quot;Times New Roman&amp;quot;,serif; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;	Plusk wody rozpryskującej się na białym kafelkowym blacie. W Chinach tego typu półka z lekko uniesionym brzegiem, by woda nie spływała na nogi stojącej przy niej osoby, służy za uniwersalny zlewozmywak i umywalkę. Myje się tu twarz, produkty żywnościowe, a także pierze się ubrania. Zazwyczaj jednak, woda lecąca z kranu jest bardzo zimna, zwłaszcza w górach i na Południu. Jednak ta woda jest bardzo ciepła. Płynie prosto z gorących źródeł, których wiele jest w okolicy. Parując, przyjemnie grzeje zziębnięte ręce. &lt;/span&gt; &lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div lang="pl-PL" style="font-family: Georgia,&amp;quot;Times New Roman&amp;quot;,serif; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;	Jest połowa stycznia i na szczytach gór po drugiej stornie doliny od dawna leży śnieg, ale w dolinie ani śladu bieli. Wiele jest za to kurzu. Wyboiste, poryte koleinami, kręte drogi oplatają położoną na zboczu doliny tybetańską wioskę, niczym pajęczyna. Wszystko jest beżowo-szare, przykurzone. Wszechobecny kurz jest chyba zresztą nieodłącznym atrybutem Tybetu. Góry są wszędzie – wielkie i majestatyczne; w porównaniu z nimi człowiek wydaje się bardzo mało znaczący. &lt;/span&gt; &lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div lang="pl-PL" style="font-family: Georgia,&amp;quot;Times New Roman&amp;quot;,serif; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;	Sponad otaczających każde domostwo obwałowań z wysuszonego błota i gliny, wyłaniają się korony starych grusz i orzechów włoskich. Drzewa te, tak bardzo dodające przyjazności i gościnności tej w gruncie rzeczy dzikiej i ponurej, pełnej kamieni, pyłu i zaschniętej gliny okolicy, są tu najpospolitsze i przy każdej wizycie u tutejszych ludzi można być pewnym poczęstunku -  właśnie orzechami i gruszkami. No, i oczywiście herbatą. Dziwna to herbata, bo z dodatkiem soli i masła, oraz tłuczonych orzechów. Smakuje może raczej jak zupa, ale w zimny, wietrzny dzień cóż lepiej pokrzepi i nie doda sił? Niejednokrotnie, gdy idę drogą, zza bram gospodarstw wypadają rozczochrane i umorusane tybetańskie dzieci, podbiegają i wciskają mi do rąk dojrzałe gruszki i orzechy. Choć okolice te należą do biedniejszych w Chinach, ludzie tutejsi są wciąż jeszcze serdeczni i życzliwi. &lt;/span&gt; &lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div lang="pl-PL" style="font-family: Georgia,&amp;quot;Times New Roman&amp;quot;,serif; margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;	Nieopodal, po drugiej stronie wąwozu, leży miasteczko Yanjing, co oznacza „Solna Studnia”. Nazwa wzięła się od starożytnej i nadal tu stosowanej metody otrzymywania soli poprzez odparowanie solanki bijącej ze źródeł tuż nad brzegiem rzeki. Wodę tę miejscowe wieśniaczki zbierają do beczek, które następnie wnoszą na plecach stromymi ścieżkami w górę zboczy wąwozu, gdzie wspierają się na drewnianych palach tak zwane „pola solne”. Są to platformy zbudowane z desek, pokrytych następnie mułem i błotem, na które wylewa się solankę, by odparowała. Wtedy na powierzchni błota pojawia się cienka, biała warstwa kryształków soli, którą ostrożnie się zeskrobuje, pakuje do worków i niesie na plecach do leżącego powyżej „solnych pól” miasteczka, skąd wędruje ona dalej w Świat. Niegdyś miejscowa sól była słynna i ceniona w tej części Tybetu, oraz niedalekim Yunnanie. Później dopiero zauważono, że nadzwyczaj uboga w jod, wywołuje przerost tarczycy i wiele innych dolegliwości. Tym sposobem sól z Yanjing spadła do rangi produktu dla biedaków. &lt;/span&gt; &lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5116703359649750971-8121840915849699500?l=napoludnieodchmur.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://napoludnieodchmur.blogspot.com/feeds/8121840915849699500/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://napoludnieodchmur.blogspot.com/2009/11/woda-z-goracych-zrode.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5116703359649750971/posts/default/8121840915849699500'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5116703359649750971/posts/default/8121840915849699500'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://napoludnieodchmur.blogspot.com/2009/11/woda-z-goracych-zrode.html' title='Woda z gorących źródeł'/><author><name>Sebastian</name><uri>http://www.blogger.com/profile/10060630389758242710</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='24' height='32' src='http://1.bp.blogspot.com/_-4rWGOXSIg4/SwhUjA6G_mI/AAAAAAAAAAU/bzTIJ18KLB4/S220/photo.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_-4rWGOXSIg4/Sxq79SuOEaI/AAAAAAAAAB4/IApGT6jH_Zg/s72-c/DSCF3522.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry></feed>
