piątek, 14 listopada 2025

Między Pacyfikiem a Wisłą: nowa mapa świata

 Między Pacyfikiem a Wisłą: nowa mapa świata


„When the East breathes, the world shifts.”

Polska debata publiczna — jak zawsze — zareagowała na szczyt w Busan zgodnie z rytmem starych nawyków: skoncentrowała się na spotkaniu Trump–Xi, analizując gesty, miny i „sygnały”. Zabrakło tego, co najważniejsze: zdolności słuchania tego, co dzieje się pod powierzchnią zdarzeń.

Bo prawdziwym wydarzeniem nie był uścisk dłoni dwóch przywódców, lecz przemówienie Xi Jinpinga do przedstawicieli krajów APECAzji i Pacyfiku — czyli tej części świata, gdzie przyszłość dzieje się wcześniej niż gdziekolwiek indziej.

🕊️ Nowa mapa cywilizacyjna

Xi nie mówił jak lider mocarstwa. Mówił jak gospodarz regionu, który dojrzewa do wspólnego losu. Jego pięć propozycji dla APEC nie jest manifestem siły — to szkic świata po hegemonii: świata, w którym współzależność staje się walutą nowej polityki.

W tej wizji globalizacja nie jest już „projektem Zachodu eksportowanym na resztę świata”. Jest procesem, który wychodzi z Azji — z jej kultury równowagi, rytmu, cierpliwości i zdolności do trwania bez potrzeby dominacji.

To globalizacja organiczna, nie ta zarządzana przez fundusze i korporacje, ale ta, która wyrasta z łańcuchów ludzi, instytucji i wspólnych celów.

To też moment, w którym Chiny przestają być „fabryką świata”, a zaczynają stawać się jego laboratorium harmonii — szukającym sposobów, by nowoczesność nie zjadła człowieczeństwa.

⚙️ Zachód – wciąż w pułapce narracji

Tymczasem Zachód – z całym swoim intelektualnym dorobkiem – ugrzązł w opowieści o konflikcie. Wciąż rozgrywa te same metafory: wpływy, strefy, sojusze, sankcje. Wciąż wierzy, że świat jest grą o sumie zerowej.

Ale to język XX wieku. Dziś rośnie cywilizacja XXI wieku – cywilizacja współbrzmienia, która rozumie, że stabilność nie rodzi się z dominacji, lecz z umiejętności współistnienia wielu porządków naraz.

Azja nie „rywalizuje z Zachodem”. Ona po prostu żyje w innym rytmie. Nie w rytmie walki – lecz wzrostu. Nie w rytmie reakcji – lecz tworzenia.

Tam, gdzie Europa widzi granice, Azja widzi przepływy. Tam, gdzie Europa szuka regulacji, Azja szuka równowagi (平衡). Tam, gdzie Europa mówi o „wzroście PKB”, Azja mówi o harmonii w rozwoju (和谐发展).

🌱 APEC jako prototyp świata po kryzysie

Forum APEC — często lekceważone przez zachodnich komentatorów — staje się dziś poligonem nowego modelu współpracy. Nie opiera się on na wartościach ideologicznych, lecz na praktyce współzależności: na infrastrukturze, łańcuchach dostaw, energii, komunikacji i edukacji.

To geopolityka po geopolityce — świat, który przestał myśleć kategoriami zwycięstwa i przegranej.

To także duch 无为而为 — działania przez zgodność z ruchem. Nie przez przymus, nie przez opór, ale przez zestrojenie. Przez sztukę współbrzmienia z tym, co i tak już się dzieje.

💡 Czas, by Polska znów słuchała

Polska, odruchowo patrząca w stronę Zachodu, musi w końcu nauczyć się słuchać Azji, nie tylko przez pryzmat importu i eksportu, ale przez zrozumienie jej sposobu myślenia.

W Azji nie mówi się o „partnerstwie strategicznym”. Mówi się o 朋友之道 — drodze przyjaźni. O cierpliwej wymianie, która dojrzewa jak herbata, a nie jak „projekt w harmonogramie”.

To właśnie tu – w krajach ASEAN, w Nanning, w całym regionie Azji Południowo-Wschodniej – powstaje nowy model cywilizacji: cywilizacji współistnienia.

🪶 Między górami a kodem

Kiedy słucham takich przemówień, widzę nie tylko politykę. Widzę przyszły świat — świat, w którym technologia przestaje być bronią, a staje się językiem współpracy.

W tym świecie Polska mogłaby być mostem – łącznikiem między kreatywnością Europy a mądrością Azji. Nie poprzez wielkie deklaracje, lecz poprzez tysiące małych kroków – programy, wymiany, projekty, wspólne pomysły.

Bo przyszłość nie rodzi się w gabinetach. Rodzi się w przestrzeniach, gdzie spotykają się ludzie, którzy naprawdę chcą współpracować.

🔸 Nowy świat już się wydarza

Xi Jinping w Gyeongju nie proponował dominacji, proponował syntezę. Nie mówił o „nowym porządku”, lecz o równowadze po chaosie.

To nie rewolucja. To przemiana kierunku. Z Zachodu – na Wschód. Z siły – na współistnienie. Z krzyku – na rozmowę.

Jeśli Polska ma znaleźć swoje miejsce w tej nowej symfonii, to tylko jako ten, kto potrafi słuchać.


#APEC #ASEAN #AI #Nanning #China #Poland #RegionalCooperation #GlobalShift #SoftPower #无为而为 #HarmonyNotPower #AsiaRising

wtorek, 11 listopada 2025

Między książką a spojrzeniem




Wielu zna Chiny. Niewielu je rozumie. Jest wiele osób niezwykle oczytanych, zdolnych cytować Konfucjusza w oryginale. Ale wiedza książkowa, choć cenna, kończy się tam, gdzie zaczyna się życie: w spojrzeniu, w milczeniu, w sposobie, w jaki ktoś odstawia na stół filiżankę z herbatą.

Z drugiej strony są handlowcy i przedsiębiorcy, którzy „znają” Chiny od strony targów, umów, zamówień, wizyt i wizytówek, ale często to znajomość bardzo powierzchowna - błyskotliwa, lecz płaska. Tak, jakby ktoś umiał rozpoznać rzekę po kolorze wody, ale nigdy nie poczuł jej nurtu.

Są też młodzi zapaleńcy — często w osobistych relacjach z Chińczykami, zafascynowani, otwarci, ale jeszcze bez wglądu, który przychodzi dopiero z czasem: gdy znika zachwyt, a pozostaje umiejętność prawdziwego słuchania.

Rozumienie Chin to nie intelektualna kompetencja — to stan bycia. To cierpliwość w oczach starego przyjaciela, który łagodnie zachęca Cię, żebyś wstał, otrzepał spodnie z piasku i szedł dalej, to miękkość i nieuchwytność relacji, to ten moment, gdy nagle się orientujesz, że nie trzeba nic tłumaczyć, bo – nie wiadomo jak i kiedy - wszystko już zostało powiedziane.

Być może to kwestia charakteru. Być może to coś, co zrodziło się we mnie jeszcze wtedy, prawie trzy dekady temu w Guangzhou, gdy patrzyłem na kolegów oglądających Chiny zza szyb, podczas gdy ja chciałem w nich zanurkować — zobaczyć świat ich oczami. Nie przez soczewkę „człowieka Zachodu w podróży”, tylko przez ciszę, która nie potrzebuje potwierdzenia.

Prawdziwe zrozumienie nie polega na „wiedzeniu” — lecz na współbyciu. Nie jest to stan logicznego poznania, ale raczej rezonansu: nie walczy się z siłą przeciwnika, lecz wchodzi w jej rytm, by płynąć razem z ruchem. Tak samo w kulturze: dopiero gdy przestajesz się opierać, gdy nie próbujesz „pojąć” — zaczynasz rozumieć.

Ten rodzaj rozumienia nie rodzi się z książek, lecz z chwil milczenia, z obserwacji gestu, z posmakowania herbaty, z powolności spaceru ulicą, z rozmów, które niczego nie „wyjaśniają”, a jednak otwierają coś w człowieku. To rozumienie wcielone, a nie intelektualne — rodzaj wspólnego oddechu z rzeczywistością, a nie jej analizy.

Dlatego, gdy mówię dziś o Chinach, coraz rzadziej używam słowa „znam”. Raczej: „jestem w ruchu razem z nimi”. Nie po to, by tłumaczyć, ale by pozwalać światu mówić własnym głosem.

I może właśnie w tym tkwi przyszłość komunikacji między Wschodem a Zachodem: nie w Przekonywaniu, ale w Słuchaniu. Nie w Rywalizacji, ale w Współbrzmieniu. Nie w Poznaniu – lecz w Obecności.

#ChinaPolandRelations #InterculturalDialogue #CulturalIntelligence #UnderstandingChina #CrossCulturalCommunication #ASEAN #Nanning #ChinaASEAN #SoftPower #TrustBuilding #GlobalMindset #LeadershipAcrossCultures #BusinessWithChina #ListeningToTheEast #BridgingWorlds #CulturalEmpathy #PolandChinaCooperation #MutualUnderstanding #EastMeetsWest #HarmonyInDiversity

Nie da się skopiować zaufania: O sztuce budowania mostów w komunikacji polsko-chińskiej

 

Nie da się skopiować zaufania: O sztuce budowania mostów w komunikacji polsko-chińskiej



Zdarza mi się słyszeć, zwłaszcza od osób spoza branży: „Panie Sebastianie, przecież tłumaczenie to tylko słowa.” To stwierdzenie, choć na pierwszy rzut oka logiczne, jest fundamentalnie mylące, szczególnie gdy mówimy o komunikacji biznesowej na linii Polska-Chiny. Na poziomie technicznym, owszem, tłumaczenie to zamiana jednego zestawu słów na drugi. Jednak w kontekście relacji międzykulturowych, słowa stanowią zaledwie wierzchołek góry lodowej. To, co naprawdę decyduje o sukcesie lub porażce, rozgrywa się pod powierzchnią, w sferze intencji, tonu i zaufania.

W chińskiej kulturze biznesowej, zdominowanej przez koncepcje guanxi (relacje) i mianzi (twarz/reputacja), zaufanie jest aktywem o wartości wyższej niż jakikolwiek kontrakt. Jest to waluta, której nie da się kupić, skopiować ani przetłumaczyć dosłownie. Moja rola jako partnera w komunikacji wykracza daleko poza lingwistykę; polega na byciu architektem tego zaufania.

Zrozumieć ciszę: Tłumaczenie jako akt kulturowy

Kiedy polski przedsiębiorca mówi: „Oczekujemy szybkiej decyzji”, chiński partner słyszy nie tylko słowa, ale i ton, który może być odebrany jako niecierpliwość lub brak szacunku dla procesu. W kulturze, gdzie proces budowania relacji jest równie ważny, jak sam wynik, pośpiech bywa często interpretowany jako oznaka słabości lub braku długoterminowego zaangażowania.

Tłumaczenie to nie tylko słowa. To ton rozmowy, który musi być dostosowany do hierarchii i kontekstu. To rytm milczenia, który w chińskiej komunikacji jest często bardziej wymowny niż potok słów. To sposób, w jaki mówimy „tak”, choć w rzeczywistości myślimy „rozważymy to” — te subtelne sygnały decydują o tym, czy most zaufania zostanie zbudowany, czy też powstanie przepaść niezrozumienia.

Dla wielu tłumaczenie to usługa, którą można wycenić za stronę lub godzinę. Dla mnie to sztuka przełożenia intencji na język, który jest kulturowo akceptowalny i wzmacniający relacje.

Koszt dosłowności: Gdy słowa zawodzą

Największym błędem, jaki można popełnić w komunikacji z chińskimi partnerami, jest poleganie na dosłowności. Tłumaczenie maszynowe lub praca z tłumaczem, który nie do końca rozumie kontekst kulturowy, może prowadzić do katastrofy.

Przykładem może być użycie słowa „problem”. W polskim biznesie „mamy problem” to często neutralne stwierdzenie faktu, które wymaga rozwiązania. W chińskim kontekście, zwłaszcza w obecności osób o wyższym statusie, otwarte przyznanie się do „problemu” może prowadzić do utraty mianzi (twarzy) i podważenia kompetencji. W takich sytuacjach, rolą tłumacza jest przeformułowanie komunikatu w sposób, który zachowuje treść, ale łagodzi formę, np. „Mamy obszar, który wymaga optymalizacji” lub „Wymaga to dalszej dyskusji”.

Moja praca polega na filtracji kulturowej. Zapewniam, że polska intencja, często bezpośrednia i skoncentrowana na zadaniu, zostanie przekazana w chińskim kontekście w sposób, który jest pośredni, skoncentrowany na relacji i budujący harmonię.

Partnerstwo Premium: Więcej niż Tłumacz

Klienci, z którymi pracuję, to nie są osoby szukające najtańszej usługi. To są liderzy, którzy rozumieją, że inwestycja w komunikację jest inwestycją w relacje i przyszłe zyski. Szukają partnera, który usiądzie z nimi przy stole negocjacyjnym i będzie ich kulturowym ambasadorem.

Dlatego właśnie jestem partnerem, a nie „tłumaczem do wynajęcia”.

Moja rola obejmuje:

  1. Analizę kontekstu: Zrozumienie celów strategicznych i kulturowego tła partnerów.
  2. Pre-briefing: Przygotowanie klienta do rozmowy, wskazanie potencjalnych pułapek kulturowych i optymalnego tonu.
  3. Tłumaczenie intencji: Przekładanie nie tylko słów, ale i emocji, hierarchii oraz subtelnych sygnałów niewerbalnych.
  4. Refleksja po spotkaniu: Analiza przebiegu spotkania i wyciągnięcie wniosków na przyszłość.

W pracy z chińskimi partnerami najważniejsze jest nie to, co mówimy, ale jak to mówimy. Kiedy polska firma wysyła komunikat, który jest zbyt bezpośredni lub pomija kulturowe niuanse, chiński partner może odebrać to jako brak szacunku lub próbę wywierania presji. Nawet idealnie przetłumaczone zdanie, jeśli jest wypowiedziane w niewłaściwym kontekście lub z niewłaściwą intencją, może zniweczyć miesiące pracy.

Zaufanie jako fundament długoterminowej współpracy

Budowanie zaufania w relacjach polsko-chińskich to proces długotrwały, wymagający cierpliwości i głębokiego zrozumienia. Nie jest to jednorazowa transakcja, ale ciągłe inwestowanie w guanxi.

Jeśli Twoja instytucja lub firma współpracuje z Chinami i chcesz, żeby komunikacja była naprawdę skuteczna – chętnie pomogę dobrać ton i formę, która działa po obu stronach. Ostatecznie, pod koniec długiego dnia, to nie słowa, ale zaufanie prowadzi do podpisania kontraktów i budowania trwałego partnerstwa.


#PolskaChiny #KomunikacjaMiędzykulturowa #CrossCulturalCommunication #BizneszChinami #Zaufanie #TłumaczeniaSpecjalistyczne #Guanxi #Mianzi #StrategiaBiznesowa

środa, 19 września 2012

czwartek, 4 sierpnia 2011

Dolina Nujiang


Gdy siedzę samotnie z fajką i szklanką whiskey na oszklonym balkonie, dym powoli unosi się i cienką smużką wylatuje przez uchylone okno, na zewnątrz szumi głęboka deszczowa noc, a migotliwy płomień świecy rzuca wkoło niepewny blask, czuję się trochę jak latarnik spoglądający z wysokości swojej wieży na wzburzony, mroczny ocean.
Spływająca z pasma Tangla ku Morzu Andamańskiemu rzeka Saluin, w swoim liczącym 3200 kilometrów biegu wyżłobiła w skałach Wyżyn Tybetańskiej i Yunnańskiej wąwóz, który - ze względu na swą malowniczość i głębokość w niektórych miejscach sięgającą prawie 4000 m - nazywany jest "Wielkim Kanionem Azji". Poziom wody w Saluin, w języku chińskim noszącej nazwę Nujiang, czyli 'Rzeki Gniewnej', w porze deszczowej wzbiera o prawie 27 metrów, a rwący nurt zmiata wszystko na swojej drodze.
Ten rejon Chin jest wciąż jeszcze bardzo rzadko zaludniony, zachowało się tu wiele pradawnych zwyczajów, a tryb życia ludzi (głównie mniejszości narodowych Lisu, Derung, Nu i Pumi) zamieszkujących trudno dostępne, często wręcz odcięte od Świata górskie wioski pod wieloma względami nie zmienił się od stuleci. Wśród narodowości Derung, najmniej licznej z pięćdziesięciu sześciu chińskich mniejszości narodowych, istniał kiedyś zwyczaj tatuowania twarzy zamężnym kobietom. Powiada się, że miało to przeciwdzałać porywaniu ich przez sąsiednie plemiona. Obecnie żyje już tylko około czterdziestu starszych kobiet Derung z tatuażami na twarzach.
W dolinie rzeki nadal funkcjonuje wiele prymitynych mostów - przerzuconych nad przepaścią pojedynczych stalowych lin, po których ludzie, bagaże, a nawet konie przejeżdżają na bloczku, wisząc nad rwącym nurtem Saluin. Wygląda to tyleż malowniczo, co i groźnie. Niegdyś był to jedyny sposów, w jaki można było dostać się z jednej strony rzeki na drugi.
Tuż po obchodach chińskiego Święta Wiosny roku 2002, razem z żoną, teściem i starszym synem wybraliśmy się odwiedzić krewnych i przyjaciół mieszkających w dolinie Saluin. Ciotka mojej żony mieszka w Liuku, niewielkim mieście powiatowym położonym u wejścia do górnego odcinka wąwozu, nieopodal granicy z Birmą. Stary rozklekotany minibus na piętnaście miejsc siedzących jechał najpierw na południowy-zachód nową drogą w kierunku miasta Baoshan. Z początku droga miała gładką nawierzchnię z niedawno wylanego asfaltu i podróż szła gładko. Wkrótce jednak zjechaliśmy na starą, bitą drogę, autobus zwolnił i zaczęło trząść. Jeszcze w oddali mignął właśnie budowany strzelisty most po drugiej stronie doliny, wiodący gdzieś w kirunku południowym, jednak nas minibus skierował się teraz niemal prosto na północ. Im dalej, tym gorsza wydawała się droga, chociaż być może to jedynie zmęczenie dawało się we znaki. Postój na obiad w małej wiosce gdzieś wysoko na przełęczy. Przed przydrożną oberżą zebrał się tłum miejscowych gapiów. Ktoś przyjmował zakłady, w ciasnym kręgu ludzkim odbywała się jakaś gra. Stary jak Świat trik. Wieśniacy mieli nadzieję, że może ktoś z podróżnych zechce się przyłączyć i będzie można oskubać go z pieniędzy. Nadzieje były tym większe, że autobusem jechał przecież cudzoziemiec - a cudzoziemcy, wiadomo, mają pieniądze... Wreszcie kierowca daje znak do odjazdu. Wczyscy tłoczą się do busa. Ruszamy, zostawiając za sobą kilka brudnych chałup na przełęczy.
Po około pięciu godzinach jazdy docieramy wreszcie do Liuku. Miasteczko nie ma w sobie nic szczególnego. Położone w dolilnie, na wysokości 800 m n. p. m., wraz z przyległymi wsiami cały powiat liczy sobie nieco powyżej 44 tys. mieszkańców (z czego niemal połowa trudni się rolnictwem). Jedyną atrakcją turystyczną wydaje się ogromna figura Buddy zastygłego w medytacji miejscu spotkania rzek Saluin i Laowo. Poszliśmy tam z żoną i synem - o ile dobrze pamiętam - drugiego dnia po obiedzie. Posąg powstał w latach dziewięćdziesiątych dwudziestego wieku i trudno byłoby go uznać za zabytek. W drodze powrotnej wybraliśmy skrót kamienistym brzegiem rzeki. Poziom wody był bardzo niski, gdyż zima to pora sucha. Wreszcie zmęczeni uciążliwym przeskakiwaniem z głazu na głaz, postanowiliśny wspiąć się trochę wyżej i wyjść z kamienistego koryta na nadbrzeżną drogę, co też zrobiliśmy, przedzierając się po drodze przez jakieś krzaki. Po powrocie, Ciotka wysłuchwszy naszej relacji złapała się za głowę: "Czy wiecie, ile tu jadowitych węży? A najłatwiej spotkać je właśnie tam, gdzie się mało chodzi - w zaroślach i nad brzegiem rzeki!" Pokręciła głowią i dodała: "Mieliście szczęście, że na żadnego nie trafiliście" - i zajęła się przygotowaniami do kolacji.
Następnego dnia pożegnaliśmy gościnny dom Ciotki, zostawiając tam Teścia, a sami wsiedliśmy w minibus jadący dalej na północ do leżącego o ponad 100 km w głąb doliny do niewielkiego miasteczka Fugong, siedziby powiatu o tej samej nazwie. W Fugong moja żona chodziła przez jakiś czas do gimnazjum, karnie przeniesiona z rodzinnego Xiaguan w celu rozdzielenia z "nieodpowiednim towarzystwem". Droga jest bardzo zła a podróż niewygodnym wehikułem dłuży się niesamowicie.
***
Po wczorajszej deszczowej nocy i ulewach niemal przez cały dzień, dziesiejszy wieczór jest spokojny i niemal bezwietrzny. Zza ciemnych sylwetek drzew i domów zasłaniających wydnokrąg na południowym zachodzie wyłaniają się ławice niemal śnieżnobiałych obłoków. Są chyba na tyle nisko, że jaskrawe światła miasta czynią je bardzo wyraźnymi, jasno odbijającymi się na tle ciemnego, pochmurnego nocnego nieba. Suną pośpiesznie, gnane podmuchami gwałtownego wiatru, który widocznie wieje dość mocno na tej wysokości. Do Fugong dotarliśmy około godziny czwartej po południu. Wysiedliśmy z autobusu i przeszliśmy przez most wiszący nad Saluin. Po drugiej stronie rzeki, w swoim nowo wybudowanym domu czekała na nas dawna koleżanka ze szkolnej ławy mojej żony i kilkoro starych, serdecznych przyjaciół. Górale narodowości Lisu, jak chyba wszyscy górale - są serdedzni, gościnni i mają skłonność do napojów wyskokowych. Przywitano nas trunkiem domowej roboty z fermentowanego proso nalewanym czerpakiem z wielkiego glinianego dzbana do kubków wystruganych z surowych łodyg bambusa. 
W ciągu dwudziestu czterech godzin, aż do wyjazdu następnego dnia po południu odwiedziliśy licznych znajomych, a wszędzie przyjęcie było równie serdeczne i równie (w jak najbardziej dosłownym znaczeniu tego sformułowania) "przyprawiające o zawrót głowy". Wreszcie na zakończenie całego tego szaleństwa, zaproszono nas na wspaniały pożegnalny obiad - złożony w całości z dziczyzny i innych starbów i osobliwości okolicznych gór, wypiliśmy "strzemiennego" na stopniach autobusu, po czym wyruszyliśmy w długą drogę powrotną do bardziej "cywilizowanego świata". Poza nami został ogrom gór i rozległych pustkowi, kusząc, by któregoś dnia powrócić.

poniedziałek, 27 czerwca 2011

To nader miłe uczucie, gdy wstajesz rano i wiesz, że nie idziesz dziś do uprzykrzonego biura na kolejne 8 godzin wykonywania bzdurnych czynności, tylko, że ubędziesz dziś robić coś zupełnie innego... Oglądam z okien pociągu, jak na niebie gromadzą się i rozrastają letnie, białe, kłębiaste chmury pięknej pogody. Stają się one coraz większe i przysłaniają słońce, które dość mocno zaczęło już przygrzewać przez okno wagonu.
Oczywiście te pięć lat w Polsce nie są czasem straconym. Udało mi się wreszcie skończyć dawno temu przerwane studia na warszawskiej sinologii, zdobyć uprawnienia tlumacza przysięgłego i pilota wycieczek - i prawdopodobnie przyniosły znacznie więcej korzyści i rozmaitych doświadczeń, z których w tej chwili nawet sobie nie zdaję sprawy. Nic bowiem, co nam się przytrafia, nie dzieje się niepotrzebnie. Łącznie z tym wszystkim, za co nie jesteśmy wdzięczni; a może nawet przede wszystkim to... Jako dzieci też nie byliśmy wdzięczni rodzicom, kiedy przerywali nam najlepszą zabawę jakże irytującym "Czas do łóżka!" Któż w chwili, gdy mu przerywają najlepszą zabawę pomyśli: "Rodzice troszczą się o mnie, chcą żebym się wyspał, i żeby lekko i bezboleśnie wstał jutro do szkoły. Jakie to miłe z ich strony" ?

Na tle wieczornego nieba nad zachodnim widnokręgiem, podświetlonego pomarańczowozłotym, przygasającym blaskiem zorzy, misternie powycinane, czarne sylwetki drzew, prostokątne kontury domów z kominami i antenami na dachach i z zapalającymi się tu i ówdzie światłami w oknach, oraz sunące niespiesznie, podobne do morskich fal lub kłębków dymu delikatne strzępy pierzastych chmur jawią się niczym sceneria z teatru cieni. Kłębiaste chmury rozwiały się wraz z przeminięciem dnia i niebo w górze przybiera barwę ciemniejącego z każdą chwilą błękitu. Tylko patrzeć, jak jedna po drugiej zaczną pojawiać się gwiazdy - niczym samotne, dalekie latarnie morskie rozsiane po niezmierzonym oceanie Wszechświata. 

niedziela, 26 czerwca 2011

Powrót

Ponad pięć lat minęło, odkąd wróciliśmy do kraju. Pięć lat, których początek wyznaczał zachwyt nad dawno zapomnianą zielenią warszawskich drzew, wędrówki starymi ścieżkami dzieciństwa i próby odnalezienia się w rzeczywistości, od której ja odwykłem, a która dla mojej rodziny była równie obca i niezrozumiała, jak obce i niezrozumiałe jawią się większości z nas dalekie Chiny. Potem przyszła kolej na kłopoty finansowe i poszukiwanie źródła utrzymania - ze zmiennym szczęściem, jak to zwykle bywa na początku, gdyż długa nieobecność zwykle owocuje rozluźnieniem lub zerwaniem starych kontaktów i pewną alienacją.
Potem był czas na pracę. Jedna firma, druga. Codzienne uwięzienie po osiem godzin w biurze, dojazdy w tę i z powrotem zatłoczonym metrem, no i ten ciągły cwał - a wszystko to w atmosferze bardzo dalekiej od zdrowia psychicznego. Tylko w imię czego...?
No więc wreszcie się coś dzieje. Po raz pierwszy od pięciu lat moja żona pojechała z młodszym synem na wakacje do Chin (czas najwyższy, bo szkoda byłaby, żeby zapomniał języka kraju, w którym się urodził!), a ja siedzę na balkonie warszawskiego mieszkania i paląc fajkę obserwuję chmury płynące sobie po niebie. Białe chmury sunące cicho i miękko po błękicie letniego nieba - taki banał, prawda? A jednak uświadomiło mi to, że w całej tej bezsensownej galopadzie, że zapomniałem już niemal, jak wyglądają chmury.

Już blisko północ, a poblask wieczornej zorzy jeszcze błąka się niczym echo lub ulotne, przeźroczyste widmo nad zachodnim widnokręgiem. Nieszczęściem współczesnego człowieka jest nieświadomość i bezmyślne przechodzenie - czy raczej przebieganie - obok piękna tego świata. To piękno już nie wróci; miejsca, które minęliśmy biegnąc z zaciśniętymi oczami zostają daleko poza nami, a my gnamy jak oszaleli naprzód - gdzieś tam, gdzie czeka koniec. Czy warto? Czy jest dokąd się spieszyć? Tam, przed nami nie ma nic - nic więcej, poza tym, co jest dziś.
Dlatego czas na zmiany. Czas coś z tym wreszcie zrobić. Będą wpisy, będą opowieści. Będzie...
...ale wszystko w swoim czasie! ;-)